*Junkie – „Ćpun”

(Ten obraźliwy termin zastosujemy w innym znaczeniu trochę na wesoło, trochę na poważnie)

-„Adrenaline Junkie !!!”.

Karolina szepcząc to w Muzeum Rewolucji w Hawanie do mojego ucha deptała wszystkie kubańskie a i międzynarodowe ikony. Mówiła o Ernesto Che Guevarze. Tak, tym z koszulek, beretów i nawet zapalniczek .

Ale moi mili, student medycyny jeżdżący motorem po połowie Ameryki Południowej (zanim to stało się modne), piszący głodne kawałki o rewolucji panamerykańskiej, partyzant, przyjaciel Castro i minister finansów w rządzie Kuby (z wykształcenia medyk ???!!! finansów???) jest po prostu definicją tego terminu.

Wszystko zaczął. Nic nie skończył. Zginął zanim go do odpowiedzialności pociągnięto.

Nagle pojechał do Angoli (to w Afryce dla przypomnienia jest) strzelać do innych bo uważał, że tam też trzeba. Jak nie wyszło to się zwinął.

Wrócił na Kubę, tam już zaczęły się codzienne problemy.

To co ? Został i pomagał swoim intelektem i codzienną pracą?

Ależ skąd.

Znalazł kolejny bogu ducha winny kraj i jako typowy spadochroniarz (dosłownie) i z kilkoma kolegami zaczął tam rewolucję. 

Ale w Boliwii lokalni mieszkańcy wiedzieli na szczęście lepiej. Mieli swój kraj , swoje problemy i sami rozwiązywali je jak umieli.

Zabili cwaniaka.

Świat zareagował oburzeniem. Koszulki i berety z gwiazdą stały się sztandarami tych co nic nie osiągnęli, ale chcieli by. Bardzo. Aż tak bardzo, że zwiększyli sprzedaż gadgetów na całym świecie. (zdjęcia i banknot własne, zapalniczka kupiona w Turcji ???!!!)

Ale czy „wyznawcy” ruszyli stadami na Kubę żeby budować to co Che zaczął? No jak wiecie niekoniecznie.

Coś nam tu umknęło? Otóż tak.

Angola. Boliwia. I patrzcie na świat 2020.

Angola, która grała z Che (i ZSRR) w zielone boryka się do dzisiaj ze wszystkimi możliwymi problemami. Do tego prowadzi rozchwianie. Korupcja, kiepska infrastruktura, kiepska służba zdrowia itd. Jednocześnie gigantyczne zasoby ropy, diamentów i tego wszystkiego co tam jest i nikt nie umie tego wydobyć. Sama Angola nie wie co ma. Dyktaturę? Demokrację? Socjalizm? Komunizm?

Boliwia? Czy podążyła drogą Wenezueli i Kuby? Czy dzisiaj słychać o jej milionach głodujących i zapaści ekonomicznej? Nie. Ten ogromny, położony w większości w górach kraj ma (i zawsze miał) problemy związane z geografią (trudno dostępne regiony) i historycznie rolniczym profilem dochodów. Jest biedny ale z wysoką dynamiką rozwoju. Jest bezpieczny, przyjazny.  Jest demokratyczny, kształci dzieci bezpłatnie i ma służbę zdrowia na miarę możliwości. Żyją biednie i spokojnie można by podsumować.  Diamentów i ropy nie ma, ale ma wizję przyszłości. Z roku na rok jest lepiej. I stabilnie.

Czyli podeptaliśmy ideały. Poparliśmy spokojną, codzienną pracę.

No dobrze powiecie. Ale po co taki artykuł? My tu o zwierzętach, podróżach a nie o rewolucjach.

Ale ten wstęp był nam potrzebny.

Do roku 2020. Do roku Koronawirusa.

Do „Travel Junkie”.  

Nowej grupy z tego samego miotu co Che.

Dziś Być na Hawajach.

Jutro : Być w Rzymie.

Pojutrze : Być w Bangkoku.

Selfie tu, selfie tam.

Luksusowe torebki, buty, gadgety. Kontrakty sponsorskie.

Private jet (choćby tylko na drabince) – lepiej, zasięg się zwiększy. Ruch, pęd, wirowanie, miejsca nowe i nowsze.

Business Klasa z upgrajdu się nie liczy, nawet do Lounga Cię nie wpuszczą 😉

Świat taki mały, wytworzenie potrzeby u odbiorcy żeby Być wszędzie.

Jedź za mną! Pędź !

Wytworzenie Potrzeby latania, dorównania, pójścia dalej, przesunięcia granicy. W Instagramie albo jeszcze lepiej w telewizorze. Sponsorzy zacierają ręce.

Ludzie kupują loty, lotniska o multimilionowym przepływie małe kraje planują (a inne budują).  

Czy sami do tej grupy należymy?

Kluczowym będzie w odpowiedzi słowo „być”.

Bo co innego być w New York a co innego poznać New York. 

Co innego być w Irlandii a co innego poznać Irlandię.

Co innego być w Mozambiku a co innego poznać Mozambik .Itd.

Czy to tylko pogląd? Czy tylko obrona tego jak wiele karbon footprint zostawiliśmy za sobą? Odpowiedzi nie znamy, pozostawiamy ją czytającym. Ale to nie post napisany na potrzeby chwili, to filozofia naszych podróży i ich miejsca w naszym życiu.

Zacznę od siebie.

Podróżowaniem zaraziłem się w czasach studenckich. Najpierw zwiedziłem kraj. Prawie cały. Praktycznie byłem we wszystkich 49 miastach wojewódzkich. Krócej lub dłużej ale byłem.

Potem  prywatnie odwiedziłem UK (mam związki rodzinne z tym krajem od Drugiej Wojny Światowej) gdzie byłem jako gość rodziny kilka miesięcy. Nie musiałem w UK pracować, mogłem tygodniami i godzinami szwędać się po muzeach Londynu (jako student za darmo!!!).  

Almatur to kolejny etap. Zanim dumnie odebrałem dyplom byłem już dzięki niemu w większości krajów Europy. Właśnie wtedy, sprawdzając rozliczenia prowadzonych grup, rozwiązując bieżące konflikty i pracując w obsłudze turystów uświadomiłem sobie dwie rzeczy.

Po pierwsze,

wszystkie hotele w których nocowaliśmy były takie same. Ten sam schemat przepływu gości. Te same ciągi kuchenne i reguły sprzątania. Po prostu unifikacja obsługi grupy ludzi w sposób najbardziej optymalny. Wzorce powielane wszędzie i skuteczne w aspekcie zapewnienia wszystkim mniej więcej tego samego standardu. Gwiazdki? To temat na osobny post. Tu tylko dodam, że nie ma w pełni ujednoliconego poziomu ich przyznawania i poziomu serwisu. Dla gościa pytanie pozostaje to samo – czy fakt wyłącznie męskiej obsługi w restauracji ma dla mojego komfortu pobytu jakieś znaczenie. Czy naprawdę ważny jest fryzjer koniecznie w lobby? Nie potępiam tego systemu, jest sprawny i działa wszędzie. Zamienia jednak człowieka w „pax” (paczka) ,żargonowe określenie  uczestnika.

Druga ważna informacja to,

przepraszam za konkret, „papka turystyczna”. Kolejnym grupom opowiadałem dokładnie te same historyjki , tak samo jak wszyscy moi koleżanki i koledzy. Nie da się tego uniknąć. Turystyka grupowa zakłada, ze ludzie są w danym miejscu pierwszy raz, dlatego trzeba im opowiadać w koło to samo. Ale wniosek jaki z tego wyciągnąłem to nie potępienie. To jest doskonała baza wyjściowa. To co opowiada się grupom to najczęściej najciekawsze miejsca, najciekawsze etapy historii danego kraju. Najciekawsze anegdotki. Od tego czasu zaczynam pobyt w każdym nowym miejscu od sklepu z pamiątkami. Dokładnie od kołowrotu z widokówkami. Jest rok 2020, gwarantuje, że wszystkie architektoniczne, przyrodnicze, geologiczne itd. ciekawostki kraju już tam są. Sprawdzam czy mam je na swojej liście. Jak nie to kupuje pocztówkę i szukam miejsca.

Znając widok na pocztówce trzeba tylko znaleźć to miejsce.

Uzbrojony w taką wiedzę zacząłem zwiedzać świat za własne pieniądze i na własnych warunkach. Aspekt ekonomiczny szybko wyszedł na prowadzenie. Konieczna była negocjacja pomiędzy tym co się chciało a tym na co było mnie stać.

Tu trzeba było zacząć myśleć w zupełnie inny sposób. Czasem 2 tygodniowy wyjazd z biura podróży jest tańszy niż samolot w to samo miejsce. Jak uda się zgrać terminy to super. Hotel o najniższym standardzie jest idealny na bazę przesiadkową. Mój pokój jest bezpiecznym schronieniem dla bagażu. Ja mogę jechać w dowolne ciekawe miejsca bez zbędnego obciążenia. Jedyne ograniczenia to dolot i wylot w terminie.

Początkowo tylko w ten sposób podróżowałem. Eksplorując kraje popularne turystycznie.

Przykład? Pewnie każdy był w Tunezji? No ja też… a kto z czytających jechał graniczną drogą Tunezja Algieria przez 100km pomiędzy okopami obu armii i wieżami z karabinami maszynowymi? Z całkowitym zakazem zatrzymywania. I naprawdę mogli strzelać. Zdjęcia nie mam, w zasadzie cały czas nasze auto (jedyne na drodze) było obserwowane przez jakąś lornetkę wojskową. Tak, takie rozwinięcia dało się samodzielnie dołożyć do wakacji w Hammamet za 1.499 zł jak kto chciał.

I tu dochodzimy do następnego ważnego punktu. Logistyka. Czym się poruszać? Dla nas od zawsze najważniejsze było opanowanie tego problemu. Na etapie planowania (ogólnego) ustalaliśmy jaki obszar nas interesuje. W wielkich miastach transport publiczny czy skuter? W objeździe kraju osobówka, SUV czy pełne 4×4? Motocykl czasem jest marzeniem, ale skąd i jak go wziąć? Jacht pozwala dostać się w miejsca niedostępne i tam zostać na tydzień, szybka motorówka zwiedzić kilkadziesiąt kilometrów wybrzeża za jeden dzień. Kamper – jak najbardziej ale czy pasuje do sieci dróg w danym miejscu?

Dla nas Irlandia to też jeżdżenie wkoło komina. Chyba też zdołaliśmy się tam czegoś nauczyć, może trochę poczuć panujący tam trudny klimat polityczny.

I tak szło. Jak jest oferta za 1000złotych na 2 tygodnie do Indii (tak, takie tez bywały) to pewnie spotkaliśmy się w samolocie. Jak są tanie loty na Hawaje to ja poproszę.

Naszym podstawowym mottem w podróżowaniu było „śpieszyć się trzeba przy łapaniu pcheł”. Jak przewodnik sugerował pół dnia gdziekolwiek to zostawaliśmy tam na 2 dni. Zamiast wjazdu do punktu docelowego autostradą wybieraliśmy drogę lokalną. Jak była brązowa zamiast żółtej – jeszcze lepiej.  Pół dnia w lokalnej kawiarence to dopiero pole do obserwacji i przemyśleń. Wiadomo przejazd między miejscami to odrębny temat, jak zdecydowaliśmy jakiegoś obszaru nie poznać to po prostu przez niego przejechaliśmy.

Mamy od lat ten luksus spędzania poza domem co najmniej 100 dni w każdym roku.

I w pewnej chwili przyszło przemyślenie numer 1 inaczej (pamiętacie – to o hotelach). Wszędzie w świecie jest tak samo. Szokujące co nie? Ale weźmy taki wodospad. Woda. Leci. Z góry leci. W dół leci. Grawitacja. Albo plaża. Morze szumi i się kołysze. Piasek, albo kamienie, albo skały bazaltowe. Jakieś rośliny. Raz palmy, raz sosny. Raz ciepło raz zimno. Albo takie góry. Wysokie. Śnieg. Zimno. Niedostępne. Spaść można. Piękne panoramy. Ale ta z Denali, ta z Tofany czy ta z Caron są takie podobne.

Woda z góry w dół, tylko gejzery mają trochę inaczej 😉

Czy to zblazowanie?

Możecie tak powiedzieć. My jednak potraktowaliśmy to przemyślenie jako punkt wyjścia do następnego etapu.

Widzieliśmy wiele z pięknego świata. W zasadzie moglibyśmy tak do końca dni naszych podróżować. Jak Ci „Travel Junkie” o których piszemy.

Nam jednak zaświtało pytanie w głowie. Dobrze, pięknie jest. Gdzie zatem czulibyśmy się dobrze przez 11 miesięcy w roku? Bo że ten jeden miesiąc w roku dalej będziemy podróżować to pewne. Bez spiny ale z ciekawości. To zaczęliśmy szukać  miejsca o którym mówilibyśmy, siedzimy tu bo po podróżach wiemy, że to nasze miejsce. Wiemy że tu pasujemy. Wiemy , że na całej ziemi nie ma lepszego. Wiemy , bo sprawdziliśmy.

I zaczęliśmy szukać tego swojego miejsca na ziemi.

Polska była odpowiedzią oczywistą. Bo korzenie itd. Patetyczne? Może i tak. Ale prawdziwe. Lubimy nasz kraj. Możemy marudzić na politykę, ekonomie i co tam jeszcze ale go lubimy.

I nagle okazało się, że polska przystań to nie wydatek finansowy w skali kosmosu. Wręcz śmieszna kwota porównując ze stolicą czy innym dużym miastem. Mamy swoje małe, oddalone od miast i zgiełku miejsce w Polsce. Nasze. Niewielkie. Lubimy dąb pod domem i brzozy rosnące w tempie grzybów. Może kiedyś wam go pokażemy, a może zachowamy w nim pełną prywatność. Jeszcze nie zdecydowaliśmy.

Impresja z ogródka

Ale jak każdy Polak tęsknimy za ciepłem. Wodą w morzu o temperaturze do której da się wejść bez suchego skafandra przez cały rok. Basen Morza Śródziemnego? Oczywista odpowiedź.

Tak oczywista, że od co najmniej 100 lat wszyscy Europejczycy już to wiedzą. Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Szwajcarzy, Włosi. Kto miał 100 lat temu pieniądze to kupował coś nad brzegiem. Popyt i podaż. Dzisiaj trzeba wygrać w lotto żeby tam zamieszkać. Gramy. Jak wygramy to pokażemy wam co tam kupiliśmy. Obiecujemy 😉

Bulwary francuskie nad Morzem Śródziemnym. Ceny apartamentów…. echhhhhhh…

I wtedy nasz oczy padły na Turcję.

Historycznie to przecież Hellada albo imperium rzymskie. Geograficznie, logistycznie, finansowo i w każdy sposób organizacyjnie idealnie. Łódka do pływania po okolicznych wyspach, samoloty tanie, lot niedaleki, na upartego nawet na kołach da się z Polski dojechać. Zaczęliśmy to testować.

Przy tej wodzie to trzeba żeglować. Nie ma innej opcji…

Pojechaliśmy na 2 kołach.

Motocykl dzielnie przejechał z Polski do tureckiej granicy. W deszczu i słocie. Niby maj ale 4 stopnie i leje cały dzień. W drodze grzała nas myśl o tym, że będziemy motor w Turcji mieć. Nasz, kochany, wygodny, sprawdzony. Co tam, damy spokojnie radę. Słońce pojawiło się równo z granicą Turcji. Świetnie, znak od niebios. Idzie jak po maśle.

Motocykl dzielnie się prezentuje po 3tys km z Polski

I tu właśnie się zaczęło.

Taki mały nieistotny drobiazg. Turcja to nie UE. Mają swoje przepisy i prawne pomysły. Bardziej lub mniej dostosowane do naszych przyzwyczajeń.

Przez ponad rok legalnego pobytu naszego motocykla (okazało się , ze motocykl jest bardziej nielegalny w Turcji niż my) spędziliśmy setki godzin w urzędach celnych załatwiając kolejne wpisy i pieczątki. Dla tych cholernych 2 kółek musiałem załatwić sobie nawet tureckie prawo stałego pobytu. Opłacić własne ubezpieczenie zdrowotne, założyć konto w banku, dostać numer regon, NIP   itd. Motor jednak był nadal legalny w połowie. Gdy w naiwności swojego europejskiego myślenia zapakowałem zestaw kół i opon kostkowych (jakie trasy off road mieliśmy zaraz koło domu !!!) do samolotu to ich podróż skończyła się w celnym areszcie. I ani w te ani wewte. Cła nie można zapłacić, to przedmiot zabroniony. Tak , nagle okazuję się, że koła do legalnie przebywającego w Turcji motocykla są nielegalne. Przechowamy Ci go na cle ale masz z tym odlecieć z powrotem. Każdy ruch motocykla był dokumentowany oficjalnym ręcznym wpisie w paszporcie. Nigdy wcześniej  ani później nie miałem paszportu tak przypominającego notatnik z listą zakupów.

Już wiecie po co w Waszych paszportach są strony na “adnotacje urzędowe”? 🙂

Nawet i to byśmy może przeżyli.

W końcu można koła sprzedać na Allegro i kupić w BMW Istanbul nowe. Motocykla na lokalnych blachach nadal nie możemy kupić bo residence permit trzeba odnawiać co 12 miesięcy. Jak już permitu nie masz to go nie sprzedasz legalnie. Wywieść możesz ale w UE zapłacisz cło jak za przedmiot kupiony poza UE.  

Znaleźliśmy przepiękny apartament z widokiem jak z bajki. Tani, poniżej ceny połowy mieszkania w Katowicach. Z doświadczenia życiowego wynajęliśmy go na rok zamiast kupić od razu.

Zabójczy widok…

I wtedy się zaczęło. Polityka uderzyła w nas jak piorun. Lokalny kacyk przestał udawać dobrego wujka.  Tysiące aresztowanych nauczycieli, Ataturk i jego idea państwa świeckiego rozmywa się sposób zawoalowany ale skuteczny. Nastoletni Turcy z przerażeniem zaczęli obserwować wiadomości. A tam czołgi, wojna , ordery i przemówienia. Wśród sąsiadów powołania do wojska. Cholera mojego fryzjera wcielili jako jednego z pierwszych. A tak dobrze mnie strzygł.

I zwinęliśmy się. Jak szybko się dało.

W niskim sezonie turystycznym. Do Grecji , do kochanej UE chcieliśmy jak najszybciej. 3 sporego rozmiaru porty okoliczne nie miały żadnych połączeń do wysp greckich. Żadnych ! Dwa kilometry morza. Ale nic nie pływa. Nic. 

Jakimś cudem dołączyliśmy do grupy 4 motocyklistów tureckich jadących na objazd Grecji. Mieli obiecaną barkę do przewozu motorów na te 2 km. Nasz się zmieścił. Ostatni odręczny wpis w kapitanacie portu. Możemy zabrać nasz motor legalnie z Turcji. Ostatnia wizyta u gumruków (celnik).

2km płynęliśmy około 30 minut. Jeszcze w mentalnym stuporze szukamy greckiej celniczki i pokazujemy motor. Ta patrzy na nas jak na idiotów. Macie polskie blachy? Macie. To co mi głowę zawracacie? I poszła.

Z szoku nie mogliśmy się ocknąć przez co najmniej 3h. Bo do tej małej wysepki właśnie wtedy (jak codziennie) podpłynął wielki prom kontynuując pętlę po wyspach z Aten. Jak autobus okrężny. To wsiedliśmy…

I nagle świat stał się normalny.

Taki do jakiego przywykliśmy. Motocykl stał sobie grzecznie i czekał na lotniskach a my lataliśmy do pracy żeby na kolejne kilka tygodni objazdu po Grecji zarobić.  Do paszportu nikt nic nie wpisywał. I dobrze, miejsca już zostało niewiele.

Czasem czekał wiernie kilka miesięcy. Zawsze odpalał od strzału 🙂

Znowu zaczęliśmy szukać miejsca dla siebie.

Zwiedziliśmy przez 2 kolejne lata wiele wysp, niektóre bardziej dokładnie inne mniej. Na lądzie też szukaliśmy. Niby wszystko nam pasowało, ale ciągle jakoś nie było to TU!

I wtedy polecieliśmy (dla urozmaicenia) pooglądać dzikie zwierzęta. 11h lotu. Pewnie nigdy więcej już tam nie będziemy to trzeba zobaczyć wiele i dokładnie.

I zakochaliśmy się. Do poziomu , że w 10 miesięcy później byliśmy tam znowu z rodziną.

Nadal jeszcze wydawało nam się to nierealne. Ot taka bajka, ogród Edenu na krańcu świata.

Marzenie, nieosiągalne, nierealne.

A potem był przypadek. Jak zawsze w życiu. Dzisiaj możemy napisać, na nasze szczęście go zauważyliśmy. Nie przeszliśmy biegnąc dalej z selfie stickiem przed nami.

Dostrzegliśmy fakt, że miejsce krzyknęło do nas TU JESTEM!

I jeszcze przed koronawirusem miejsce oswoiliśmy. Stało się nasze. Wygodne. Gości i nas pomieści.  Jest tam i czeka.

I tu jesteśmy u siebie w domu

Świat już nie będzie taki sam po pandemii. Nie będziemy w najbliższej przyszłości latać co tydzień. Będzie drożej, mniej dostępnie i trudniej. Może nigdy nie będzie tak jak w Lutym 2020 jak chodzi o podróże.

Ale dla nas to bez znaczenia. Możemy raz w roku latać tam i raz w roku z powrotem. Nie musimy latać nigdzie więcej. Albo zostać tam kilka lat.

Nie byliśmy nigdy Travel Junkie, nie jeździliśmy dla samego jeżdżenia…

Szukaliśmy swojego miejsca na ziemi. Znaleźliśmy go. Nie straciliśmy tej chwili, dostrzegliśmy, że to jest to.

I mamy go. Nic więcej nam nie potrzeba w aspekcie podróży. Poszukiwania zamknęły się klamrą.

Czego serdecznie wszystkim czytającym życzymy.

Znajdźcie swoje miejsce i cieszcie się nim. O naszym miejscu jeszcze opowiemy Wam nie raz.